Niczym komandosi

Dzisiaj na Poligonie Poligonie Kajtur Event Military Training sprawdzono umiejętności Marcina i moje w sztuce survivalu. Z dumą mogę powiedzieć, że w trudnej sytuacji podołaliśmy wyzwaniu i teraz jesteśmy w stanie podzielić się z Wami tym unikalnym doświadczeniem.

Przyjechaliśmy do Kajtura, gdzie czekał na nas facet o groźnym wyrazie twarzy (nazywany odtąd Kapitanem) ubrany w wojskowy strój maskujący i charakteryzujący się dwudniowym zarostem. Wyglądał jak prawdziwy generał armii, który zgodnie ze swoim kaprysem zleci Ci 50 pompek. Skłamałbym pisząc, że nie byliśmy zaniepokojeni tym, co nas czeka. Wskazano nam drewniany domek udekorowany średniowiecznymi broniami, gdzie mieliśmy się przebrać w odpowiednie stroje wojskowe. Następnie Kapitan wysmarował nam twarze czarną i zieloną farbą. Poza brakiem broni oraz sił wroga, wstępowaliśmy na poligon jak do prawdziwej strefy wojennej, a przynajmniej tak się czuliśmy.

Na poligonie

Przetransportowano nas w terenówce przez obrośnięte trawą bagna. Minęliśmy po drodze znak, który niewątpliwie oznaczał “wstęp wzbroniony — teren wojskowy”. Na początku mieliśmy trenować zjeżdżanie po linie, a naszą salą ćwiczeń miało być strome błotniste wzgórze, które spadało do gęsto porośniętej drzewami polany. Kapitan przyczepił dwie liny do dwóch drzew i skinął każdemu z nas, żebyśmy osobno schodzili w dół stromego zbocza. Obaj z pozytywnymi wynikiem wypełniliśmy to zadanie, jednocześnie ucząc się jak prawidłowo umiejscowić linę, żeby jak najlepiej podtrzymywać swoją masę.

Na dole, gdy dołączył do nas Kapitan, zaczęliśmy przedzierać się przez małe drzewka, gałęzie i wysoką trawę, aż nie dotarliśmy do polany. Tam naprawdę sprawdzono nasze umiejętności przetrwania. Przedstawiono nam teoretyczną sytuację, że utknęliśmy w lesie i zmuszeni jesteśmy wybudować schronienie oraz rozniecić ogień, żeby bezpiecznie i w cieple móc spędzić tam kilka dni. Mieliśmy wybudować wiatę złożoną z kijów opartych o poziomą podpórkę — coś na zasadzie rampy, pod którą moglibyśmy nocować. Ognisko mieliśmy postawić przed tą wiatą, tak aby było nam jak najcieplej. Razem z Marcinem wybudowaliśmy marną imitację wiaty, po czym przeszliśmy do rozniecania ognia.

W kapitańskiej torbie był cały asortyment niezbędnych przedmiotów survivalowych, takich jak noże, magnesowe krzesiwo oraz… tampony. Wykorzystując krzesiwo oraz tampon Kapitan z łatwością rozniecił ogień. Bylibyśmy więc bezpieczni, gdybyśmy posiadali te wszystkie istotne narzędzi do przetrwania… Następne wyzwanie polegało na rozpaleniu ogniska, wykorzystując korę drzewa, co okazało się troszkę trudniejsze, chociaż po kilku próbach i tym razem ukazały się płomienie.

Lekcja survivalu

Mając schronienie i źródło ciepła, naszym następnym zmartwieniem były oczywiście niewybuchy min lądowych. Korzystając z wykrywacza metali oraz stalowego pogrzebacza zlokalizowaliśmy niebezpieczne materiały wybuchowe i wykopaliśmy je. Nastąpiło to po godnych pożałowania próbach zakopania tego ciężkiego metalowego obiektu. Mogę z pewnością stwierdzić, że przeciwnicy zauważyliby naszą pułapkę ze Szczecina!

Czując się w pełni przygotowani na najbardziej zdradzieckie warunki, wróciliśmy do ośrodka Kajtur, żeby wypróbować bardziej aktywne zajęcia w walce o przetrwanie, jak między innymi bycie wciągniętym na wysokie drzewo, żeby później zjechać z powrotem na ziemię po szybkiej tyrolce! Chociaż nie wiem, kiedy to mogłoby uratować mi życie, to bawiłem się fantastycznie.

Test sprawnościowy

To samo mogę powiedzieć o naszym następnym zajęciu — żyroskopie, który jest przyrządem miotającym ciałem na różne sposoby i we wszystkie strony wywołując zawroty w głowie i uczucie dezorientacji. Po kolei poddaliśmy się wirowaniu, które trwało chwilę, zanim nadszedł czas, aby szybko opuścić tę maszynę.

Nasza sprawność fizyczna miała zostać poddana testowi na czasowym torze szturmowym. Startowaliśmy, przechodząc przez ściankę, następnie pokonywaliśmy podziemny tunel, kilka opon oraz przechodziliśmy po linie, żeby użyć kolejnej liny, pokonując rów i później przeczołgać się pod drutem kolczastym, by ostatecznie dotrzeć na strzelnicę. Wtedy musieliśmy cierpliwie wymierzyć, żeby ustrzelić cztery cele, korzystając z wiatrówki a na koniec rzucić granatem w ogromną oponę. To była moja ulubiona część dnia.

Po krótkiej próbie wspinaczkowej podsumowaliśmy dzień przy tradycyjnym polskim przysmaku, który wszyscy znają i kochają, czyli pizzy!

Walka o przetrwanie

Popołudnie spędziliśmy przy różnego rodzaju niebezpiecznych zajęciach jak rzucanie toporami czy miotanie oszczepem. Jednak dopiero ostatnia aktywność sprawiła, że naprawdę zaczęliśmy martwić się o swoje życie! Po raz kolejny opuściliśmy ośrodek, kierując się do lasu na ogromnej ciężarówce wojskowej, która wydobywała z siebie kłęby czarnego dymu, wspinając się pod górę i pokonując nierówny teren. Wiliśmy się po błotnistych zakrętach, czasami czując, że jesteśmy bliscy przewrócenia się ciężkiego pojazdu. Mogliśmy nawet przez chwilę pokierować, co okazało się o wiele trudniejsze, niż wyglądało!

Podsumowując nasz czas spędzony w ośrodku Kajtur Event stwierdzam, że było fantastycznie! Ciekawie było dowiedzieć się, jak bardzo oderwany jestem od przyrody, ale mam nadzieję, że teraz moje umiejętności w sztuce przetrwania są chociaż ciut bardziej doskonałe.

Zobaczcie inne wpisy i filmy z cyklu AżPoMorze - wycieczka Matta i Marcina!