Nocny rejs promem

Byliśmy podekscytowani, radośni i żądni przygód, gdy poszerzyliśmy obszar naszej zachodniopomorskiej przygody poza teren wód międzynarodowych. Naszym celem było Ystad w Szwecji, ale żeby tam dojechać w jednym kawałku, musieliśmy najpierw trafić na pokład promu Unity Line, starając się nie wpaść pod koła otaczających nas ze wszystkich stron ciężarówek.

Gdy już byliśmy na statku, udaliśmy się do naszych kajut. Nigdy wcześniej nie spałem na tak dużej łodzi, więc czułem się jak odkrywca w trakcie wielkiej podróży. Pokój był niewielki, jak można się było tego spodziewać, ale znajdował się w nim prysznic oraz świetlik — bardzo przytulnie! Planowany odpływ był o 23, żeby przypłynąć na miejsce o 6:30, dzięki czemu mieliśmy dość czasu na zwiedzanie statku. Mieliśmy nawet wstęp na teren dostępny tylko dla załogi.

Chwilę przed odpłynięciem spotkaliśmy się z przedstawicielem Unity Line na recepcji, który zaprowadził nas na mostek kapitański. Obaj z Marcinem zawołaliśmy z wrażenia, wchodząc do przeszklonego pomieszczenia. Widok był oszałamiający! Cały port, oświetlony poświatą tysiąca świateł ze statków, był widoczny z naszego miejsca. Przeszliśmy się zewnętrznym balkonem, który wychodzi poza obręb statku. To właśnie stąd kapitan dowodzi całą jednostką. Pan Kapitan był surowym gentlemanem i presja jego pracy była widoczna w jego zachowaniu.

Co w tłokach piszczy?

Światła przygasły, gdy dudniące silniki zaczęły popychać statek do tyłu z zatoki w porcie. Można było wyczuć napięcie w sali kontrolnej i nikt nie odważył się wypowiedzieć ani słowa poza Kapitanem. Stopniowo statek wysunął się na otwarte wody. Przecięliśmy trasy innych promów, co było wyjątkowo widowiskowe z tej perspektywy. Dopiero z mostka można naprawdę dostrzec, jak ogromne są te jednostki.

Następnie zeszliśmy pod pokład, gdzie silniki ryczały z pełną mocą. Dwa najbardziej wyczuwalne fakty w maszynowni to hałas i gorąc, przez które skróciliśmy czas naszego pobytu. Z wyglądu silnik był identyczny z tym samochodowym tylko prawie 20 razy większy. Obaj z Marcinem byliśmy oszołomieni tysiącem przycisków, przełączników i pokręteł, których rytmiczne migotanie tworzyło hipnotyczny widowisko.

Po małym piwie w barze, który poza kilkoma śpiącymi facetami był pusty, udaliśmy się na pokład, gdzie wiał porywisty wiatr. Chociaż podmuchy były niesamowicie silne, widok znikających świateł nabrzeżnych był fenomenalny.

Witaj, Szwecjo!

Spaliśmy tak długo, aż nie obudziła nas syrena sygnalizująca, że niedługo wpłyniemy do portu w Ystad. Po śniadaniu wróciliśmy na pokład samochodowy, gdzie czekały nasze rowery. Podołaliśmy wyzwaniu i wyjechaliśmy w chłodny wrześniowy poranek na główny rynek w Ystad. Naszym jedynym towarzyszem był sprzedawca wykładający swoje towary. Słońce powoli wznosiło się ponad budynkami, ogrzewając plac. Okolica była udekorowana jasnymi kwiatkami pokrytymi rosą, które sprawiały, że całe miasto wydawało się bardzo sympatyczne. Stare, piękne budynki otaczały brukowane ulice. To było wspaniałe powitanie Szwecji.

Chociaż plan na dzisiejszy dzień był raczej luźny i to ja z Marcinem mogliśmy zdecydować, co chcemy robić, to byliśmy pewni, że wycieczka rowerowa będzie idealna. Celem miał być Ales Stenar, czyli sztuczna formacja skalna utworzona w epoce brązu oddalona o 15 km od Ystad.

Po gorącej czekoladzie i krótkiej drzemce w przyjaznej kawiarni wyruszyliśmy znaleźć najlepszą drogę poza miasto. Kierując się ścieżką rowerową, zapakowani po brzegi zaczęliśmy wyczerpującą jazdę, która miała zająć nam kilka godzin. Przejeżdżaliśmy pole za polem z chmurami wiszącymi niczym rysy na szkle. W pewnym momencie drapieżny ptak zanurkował po zdobycz dosłownie kilka metrów od nas.

Ales Stenar

Po chwili trwającej wieczność dotarliśmy do historycznego monumentu i osłupieliśmy, jak piękne jest to miejsce. Skały same w sobie nie były główną atrakcją, chociaż na pewno robiły ogromne wrażenie. Nasze oko przykuło niezwykłe otoczenie. Ales Stenar to prymitywny kalendarz wykorzystujący położenie słońca w konkretnych dniach w czasie roku oraz starożytne miejsce, gdzie odbywały się ceremonialne uroczystości.

Obeszliśmy okolice, uważając na owce, odganiając się od ataków tysiąca much, przy okazji robiąc wiele zdjęć, zanim ponownie usiedliśmy na rowery, żeby wrócić do pięknego Ystad. Słońce grzało nam w plecy przez całą podróż, a niebo miało odcień czystego błękitu.

Chociaż nasz czas w Ystad był ograniczony, to byliśmy tam wystarczająco długo by poznać labirynt uliczek otaczających główny rynek i móc powiedzieć, że jest to wspaniałe miejsce. Pomimo braku snu, byliśmy równie chętni, by raz jeszcze móc odkryć prom Unity Line w trakcie powrotu do Polski.

Zobaczcie inne wpisy i filmy z cyklu AżPoMorze - wycieczka Matta i Marcina!